Spostrzeże to skoczka, więc ściągnie mu kaptur z głowy i wstrząchnie czuprynę - by wydymiło. A sama wymknie się chyłkiem z piwnicy.
U komina urosła tymczasem tęczowa góra instrumentów sztuk wszystkich. Ten i ów jeszcze się ze swoim rozstać nie może: to w trąbkę lub piszczała zadmie, to w kocioł uderzy, rozdzwoni bębenki. Pod niskim sklepieniem piwnicy czyni się gwar piekielny wśród poszczekiwania psów rozbieganych, gdakania kur, budzonych raz po raz na kominie, i głuchego pomruku niedźwiedzia. A nad tym sabatem waganckiej gospody rozlega się w krótkich pokrzykach jakby w targaniach się pasji:
"Cztery!..." "Siedem!..." "Dziesięć!"
Po Bachowych ołtarzach przyszła kolej i na diabłowe: grano w kości.
Niejeden, zanim się opatrzył, przegrał cały swój zarobek dzisiejszy. Oto i żongler, który od szczodrej pani w mieście otrzymał najcenniejszą szatę ze skrzyni, tu się z niej rozdziać musiał. A jeszcze mu w tym pomagają żaki, zawodząc kołem:
O, fortuna!
velut luna,
situ variabilis...
Znalazł się nawet psałterz na stawkę, na co linochód aż kubek z kośćmi precz odrzucił zażegnywając się od tak bezbożnego grania.
Menestrel, że swój grosik rychło przegrał, a skarbonkę kwestarza dawno z kamratami przepił, cieszył się już tylko szczęściem innych, pogodne swe serce przerzucając zawsze na stronę fortunnego. A że skrzat mały nie mógł docisnąć się w tłumie, więc się w swym gieźle i z bosymi nogami usadowił na stole, tuż przy desce graczy.