I słania go wraz na kolana.
Przeszkodziły kobiety. "To panna dworska z wielkim sokolnikiem dworu."
Już się oczom jego ten przepych w tęczę roztargnął i zmigotał w rosnę blaski diamentów. Jak z tęczy i fosy wybłysnął ku niemu uśmiech kobiecy. O! - składa mnich dłonie - królowej to naszej Najpiękniejszej uroda! Przy niej pan! - dumniej żadne nie spoglądają króle!"
Podjęły niewiasty mnicha z klęczek. "To służebna pani i starszy sługa pałacowy."
Rozstęp się czyni w korowodzie i takie zaciszenie wśród tłumów, że słychać z dala ciężki chód komorowej straży. Wynurza się to z ulicy czerwienią drugich pawęży i rysiowymi futrami na ramionach, a stąpa w surowości zakrzepłej. Uderzył wreszcie okrzyk ludu tak gromki, że otrząsły się z świętych murów gołębie kościelne i nuże chmarą białą wiać a wiać nad placem...
"Królowa pani!" - krzykną kobiety mnichowi w ucho. I pchną go, by sam ku niej zeszedł.
Pogięty, przełaman w pasie, głową jeno wygoloną widny, z rozstawionymi jak u pływaka ramionami zstępował, spływał mnich ze schodów kościoła ku strzemionom pani.
"Twoich ja praw spowiednika naruszać nie życzę. Ani okrutnemu wyrokowi króla przeciwić się nie śmiem. Przecie wieści o rycerzu łaknę."