A i panowie żonglerzy siedzą jakoś posępnie. Oto pochyla się któryś z nich z sekretem do goliardowego ucha:
"Gawędy dziwne słychać było w przedwieczornym dziś niepokoju ludzi, jakowychś guseł podszepty: Jakoby po odpuście dzisiejszym błąkał się przez nikogo nie poznany - aż powtórzyć nijako... Parsifal z Lancelotem."
Spojrzy goliard urągliwie na tę niepewność siebie i zalęknienie żonglerów:
"Laici non sapiunt ea quae vatis sunt!" - mruknie wzgardliwie pod nosem.
Ale coś mu tam po głowie nietrzeźwej błąkać się wraz jęło strzępami wspomnień. Wzywano go dziś wszakże na graalowe szukanie. Po dwakroć. Raz czynił to człek żywy, potem zbroja niesamowita w żarzy świętego Jerzego za czarną pawężą w srebrne ćwieki. Onąż to czarę samą ukazała mu czarnoksięską mocą.
Za chwilę porwie się z miejsca i stara się pociągnąć ze sobą żonglerów.
"Chodźmyż czym prędzej, panowie, na ulicę złotników i płatnerzy! Chodźmyż, na miłosierdzie Boskie! bodaj wejrzeniem odnowić w sobie on głód dążenia... Bez tego czymże nasza dola wagancka?!..."
Zaledwie kilka kroków uczyni, a zachwieje się i runie z powrotem na ławę.
Grzbietem domaca się węgła i usadowi wygodnie, szeroko rozłożywszy kolana. Ręce splótł na poczciwo, z klerków nawyku, jakby różaniec zapomniany w nich trzymał; zwiesił głowę nad czymś zamamrotaną. Żaki, respektu dla trzeźwego niepomne i rade, że się psota sama nastręcza, wsunęli pod te złożone dłonie psałterz, a w palce wetknęli mu organkowe fletnie Pana. I tak pozostawili go zadrzemaniu. Mgławo, przez rzęsy, które zlepiły się ciężko - za oćmą, za durem migota skrzydło czerwone w blasku płomienia. Zezem rozchyli goliard jedną źrenicę zeszklałą.