I oto stoi w pośrodku izby ta dziewka, przystrojona, jak jeszcze nie widziano kobiet. Niby to w szacie - myśli goliard - a pierśmi i na tyłach wypukła, w pasie cienko spętana, szyją goła, od łokcia ku dłoniom nie ma wcale - nic! Sprośność sama! - podjudza się patrzeniem - tym półodkryciem wabliwsza stokrotnie niźli ciało gołe, a wonnością olejków pragnąca się dowabić, dołechtać ku ostatnim pożądliwościom mężczyzn - chyba wszystkich! - myślał. - Na psie wesele wyszła ta miłośnica jego! przez innych przystrojona sprośnym wymysłem mody w te przepychy królewskie - jemu na srom, biedzie jego na urągowisko!
Oto idzie naprzeciw niego, uśmiechnięta tym pytaniem:
"Nie pięknamż?"
Ale goliard nie widział już jej chyba wcale, bo tylko tymi nastroszonymi brwiami wyzierał spod kaptura. Przed nim stała już nie kochanka, nie jakaś tam dziewka strojna, lecz - k o b i e t a, jedna, wszystka, szkarada sumień, matka wszeteczeństw, Babilonia wielka!
Mnich cały ocknął się w duszy.
Chwyci ją za rękę jak w kleszcz i odciąga na ubocze. Wytargnie mu się skoczka rzutem całego ciała. I już nie zdziwienie ma w oczach, ale głęboką pogardę nad tym gburstwem, które pięknie przystrojoną kobietę tak oto targać śmie. A gdy zgromi chama wejrzeniem, rączkę swą dokładnie obejrzy, czy nie zadrapana.