"Lub może - podejmie za chwilę - może ci się przy winie zroiło, poecie, żeś pan radca miejski sam i że masz własną żonkę pod pierzyną? Zapomniałeś przy winie, że mi za pyszny baldachim twego łoża przy świata gościńcach nierzadko tylko te gwiazdy po nocy świecą, a rankiem ptaki nad głową polatują. I wiedzże - kładzie mu już śmiało rękę na ramieniu - pokochałam ja te przepychy nasze, ale razem z wolnością moją... I nie dośćże ci, wagancie durny, że ja bym za tobą i na ostatnie gościńce poszła? a i z królewskiego łoża! Tylko nie mniemaj, że mi tęsknie od złotej gdzieś niewoli w twoją nędzarną."
Zrzedła goliardowi mina. A i ona w łagodność większą wmówiła się swymi słowy. Ściągnie mu znowuż kaptur z głowy, wstrząchnie czuprynę.
"Wydymiło wino, wydymi i ta siarka piekieł ze łba, wysuszą się łzy kajania. Będziesz mi jutro po dawnemu trefny przy winie. I mądry! - Klepie go po twarzy, a błyska okiem, czy mięknie. - I luby!" - dodaje pieszcząc go paluszkami po policzkach.
Nie zmiękł, ale opadł jakoś w sobie - w nazbyt jednak smutną rezygnację i bezradność wejrzenia.
Tym ci bardziej żachnie się ona na to:
"Musiałam ci się w głębi duszy nazbyt podobać w sukni. Więc mnie zanękasz teraz tym nosem smutnym!" - Targnie mu nos ku dołowi.