Plunie mu skoczka w gębę. I wionie jak kot na środek izby.
"Jam kobieta wolna!... Mea sum!... Nikomu na się nastawać nie dam!" "Odmawiaj! Powiadaj!"
Wyszarpnie się im; a pojmana przez innych, wytarga się, wyszczypie im z rąk.
"Baczcież tedy, co wam odmawiać pocznę, wy nędzne... wy...!"
I odsadzi się pod komin, by ją wszyscy dobrze słyszeli - już furia w płomieniach buntu:
"W Baccha wierzę!... W panią Wenus wierzę!..."
W izbie wszczął się ryk jeden i zakłębienie tumultu. A nad wszystkim grzmiał głos linochoda, by ją z miejsca w kominie powiesić.
Goliard już nie wiedział, zali prawdziwe rzeczy ogląda. Herold, zda się, swym baniastym ramieniem jak skrzydłem czerwonym ją ogarnął - i okrutnym blaskiem spod tego skrzydła odgrodził od ludzi.
Ale wszystko wino dzisiejsze, przypomniane znów wzburzonej krwi, objęło go znów zamroczeniem nagłym. Rozchwiał się po izbie, aż się rękoma beczki w kącie domacał. Osłabłe nie uczepiły się jej krągłości - zwalił się głową między dzbany, lampę oliwną u kurka potrącił i zamotał się cały w jej swędy i dymy.
Ciemność zaległa piwnicę.
A w tym runięciu o ziemię zdało mu się, że jakowaś zamieć gwałtowna wstrząsnęła domem całym. Przez komin stacza się coś z łoskotem, spada a tupocze o głuche mury. Z owisłej na izbę czeluści dymnika zwala się na żużle komina koźlisko czarne o skrętnych rogach. Jednym targnięciem przyodziewku obnaży się skoczka całkiem. I dosiędzie onego kozła. Spina go białym udem, piętą daje ostrogę - i wzlatuje na nim w rozwartą dymnika jamę; turkocze okrutnie po murach w kominowym pędzie. A na izbę buchnie dym czarny i wybłysną na wsze strony żółte języki siarkowego ognia - aż rybałty wszystkie złote mieli twarze i zielone oczy.
Ale już nie ruszał się nawet - rzęził tylko u beczki.