Lekarza nie trzeba było szukać daleko...
Lekarza nie trzeba było szukać daleko, bo gdy się ściemniło i dobrych chorych nie stało, przeniósł się sprzed kościoła ze swymi worami i w drugie] izbie tejże gospody leczył podlejszy naród. Rad był tedy i on, że go od smrodu tych kalek odciągnięto między weselszych chorych.
Oto ledwie próg przestąpił, roześmiały mu się oczy do pstrego ludu rybałtów. Wysoko podjął z czoła kołpak.
"Witajcie, mistrze!"
"Witaj, dobry lekarzu!"
Obstąpią go kołem zgiełkliwym. Kiwa lekarz głową wyrozumiale: wie dobrze, jak srodze alteruje choroba płochy naród igrców, a cóż dopiero zjawienie się osoby tak poważnej, poprzednika księdza z wiatykiem: lekarza. Więc choć niewiele słyszysz w tym gwarze, potakuje wciąż siwą brodą:
"Wiem, wiem - na pamięć umiem, co się między rybałty przytrafić może. Pił któryś z mistrzów nad miarę głowy? - i ustrzeliło! Diabły mu się przed tym zwidywały? - no! Dziewka była w robocie? - oczywiście! Uciekła z heroldem? - bywa! wasze kobiety lubią uciekać... Ciężka afektacja serca na pijaną głowę - niedobrze! Człek pijany spokoju szuka - pod ławą. Gdzie on? Tam do licha, goliardus sam!... Oo! - pochyla się nad nim - uciekła?!..."
Lecz gdy chorego za puls ujął, zrzedła mu mina natychmiast.