"Okna mi wszystkie natychmiast otworzyć!... Worek z nożami przynieś mi który co tchu... Biegaj! Tu mi go dawajcie, na ławę, bliżej światła... Chłopcy, źle jest."

Przycichły natychmiast rybałty, jakby makiem posiał.

A lekarz mruczał w brodę; bardzo mu się nie chciało krajać z wieczora, a i dzień świętego Floriana nieosobliwy na krwi puszczanie. Ale trudno: rzecz nagła! Wytrząchnął tedy z wora swoje narzędzia, znalazł nóż potrzebny i wecuje go gniewnie o kamień. "Garnczek mi tu jaki! - mruczy. - A, jezdeś!" - postrzega teraz dopiero dziewkę, która z garnczkiem pod krew i lampką w dłoni już klęczała u ławy.

Bilo rude w dymie światło oliwy na rozciągniętą postać goliarda, złociło siwą brodę lekarza i czarny jego kołpak, padało wzwyż na pstre spiętrzenie rybałtów, którzy powłazili na zydle, ławy i stoły, by patrzeć z biciem serc na tę rzecz srodze poważną: zachorzenie człecze.

Linochód wziął było złą wieść najgłębiej do serca; kroczył ponuro na uboczu i mruczał do się:

"Czym dla mnie lina w powietrzu, dla niedźwiednika bestia, tym dla poety kobieta. Wielkie niebezpieczeństwo dla ciała i duszy jest w sztuce każdej."

"Prawdę rzekłeś, mistrzu! - przytakuje lekarz, oglądając swój nóż pod światło. - Prawdę rzekłeś! Osobliwie w sztuce lekarskiej, która jest oddawaniem swego dobrego zdrowia niedołęgom, a współczującej duszy chrześcijańskiej diabłu bezlitości. Bo w naszej sztuce zbędziesz z czasem litowania wszel... Zaciął. Chlusnęła krew i zabulgotała w garnku.

  WQQJKQM WQVYQVM WQYJVYM WJVZPBM WJXPVQM