A tu śmierć, przewiawszy wróżbą i pogrozą nad płochymi głowami tych igrców wszystkich, nie grozę zostawiła po sobie, lecz oto jakby większe jeszcze ciepło i przytulność śród nich. Zadomowienie dobre ogarnia nawet tych wagantów w gospodzie przydrożnej. Chce diabeł, byśmy kochali życie całą przytulnością serc naszych.
Zaś to lgnienie do chwilki by najlichszego istnienia tak wypełnia piwnicę całą, że owo i ten zapach beczki a wyszynku jakoweś macierzyste ma w sobie wonie: rzekniesz - łono spokoju i wytchnienia. Owiało to, zda się, nawet te kury na dymniku. Ocknie się raz po raz któraś z nich, strzepnie piórami, strzyknie na izbę i rozepchnąwszy sąsiadki, usadza się lubo na zadrzemanie otuchy pełne. Tam zasię, w złotym blanku oliwnicy, rozgwarzyli się ludzie: serdeczne, rzewliwe głosy w przerywanej wciąż gawędzie i ciszy - jak to przy chorym, gdy się leki w nadzieję obrócą: tak gwarzyć rada otucha człecza. Ledwie śmierć skrzydłem swoim musnęła izbę- myśli melancholik - a tu stworzenie każde zatula się ufnie w to ciepło życia, którego jutro może już nie będzie. "Strzeż nas, Panie, ode złego."
Lekarz był rad z uzdrowienia goliarda, a i połechtan pochlebstwem żaków. Uśmiechały mu się oczki nad siwą brodą i zacierały ręce, gdy krążył teraz koło pustych stołów, zaglądając daremnie we wszystkie dzbany.