A wśród śmiechu rybałtów małe oczki jego znad brody baczą wciąż na dziewczynę.
"Darmo ty się za tym gęślarzem wciąż oglądasz - odgadł wraz swoje. - Jemu ani ty, ani żadna inna w głowie pogodnej. Im pogodniejsza myśl, tym wolniejsze serce, a ciało przy kobiecie wróbelkiem wtedy: dla ciebie to na nic!... I upodobał sobie taki ogrom baby chudzinę mizerną, którą trzepie po zadzie niczym dziecko swoje. Choć taki dziś jeszcze w światy pójdzie, a nigdy może już tu nie wróci; nie zbrakłoby, widzę, mleka synowi jego - ani pracy rąk twoich robotnych, myślę - ani pazurów ku dziecka obronie... Nie becz!"
Aż jej głowę do się przytulał. "No, nie rycz, nie rycz, sieroto! narodzisz się dosyć w życiu: napłodzisz potomstwa jak dynia pestek."
Na stojący załatwiał się lekarz ze dzbanem. Za każdą tylko czarką obracał się do najbliższego z rybałtów i klepał go po ramieniu. Uśmiechali się doń wszyscy, rozumiejąc, że człek to pogodny, który luba ludzi. Dajże mu, Boże, jak najdłuższe zdrowie!
Wyświecały się po tych czarkach policzki starego, gdy coraz to żwawiej igrały myśli w oczkach stulonych.
"Szkoda, że tę skoczkę waszą już diabeł porwał! Chętnie bym z nią tu pogwarzył. Mądra musiała to być kobieta! Prawdę powiedziała ona wonczas na ulicy: nie masz między wami pośledniejszych!... Niejeden skoczek, bywa, w żarliwej chwili ukochania igry swej, ptakiem się poczuje, skrzydeł u ramion przed Bogiem i ludźmi dostaje. A toć jest wszystko! Jedna jest boska igra z ciężkim smętem życia... Bo zważcie: iluż to żonglerów duch skrzepiał ciała na boje rycerskie?! A iluż to skoczków i wesołków swawola podbijała ciężkiego w osmętnieniu ducha na drogi żwawsze?! Lekarz wam mówię: zmory świata, acedii, wy pogromcę! Smutek nierządny połową ludzkości piekło by zaludnił; - chytry jest tedy jej obrachunek, by was, nieliczne życia orędowniki, na swe miejsce tam wysyłać. Diabeł ma być tak oszukany, bo za połowę człowieczeństwa, która mu z prawa zawsze należy, was tylko dostanie - i to w jednym snopie: nie bardzo się tym nacieszy." Koło rozpromienionych twarzy otoczyło lekarza. "Co więcej wam rzekę, chłopcy: na wdzięczność przez was dusznie uleczonych nie liczcie! Lekarz wam mówię. Gdy na nich zstąpią życia trwogi i nędze, pierwsi potępiać was będą... Ot, jak wy tę panią Muzę waszą, którąście, słyszę, w kominie wieszać chcieli."