"Niedobrzem czynił narzuciwszy się wonczas na rycerzy. Nie o kęs lepszej doli i ludzkiego uważania oszczekiwać mi się było na rynku jak temu psu o gnat... Dotknij, lekarzu, piersi: zbyła dawnej gorącości, dla której wszystko z życia było owo - psim gnatem ledwie, bo substancji dla się szukała tam!..."
Wyrzucił ramię w górę jak ten mnich na kazalnicy.
Stropił ten gest srogi żaków; ku niemu kierują teraz swe oczy. A on zbliżając się ku nim, targa na sobie płaszcz i szatę - wystawia pierś nagą jak ten pokutnik przed ołtarzem.
"Czuję, zbyła dawnej gorącości w łaknieniu! Stygnie w niej on płomień dążenia ku rzeczom, które są z ducha!... Za was to - żaki! - pierś swoją lekarzowi wystawiam, skoro nas tu nowymi nauki zleczyć pragnie. I jakież to użyźnień moce? jakie soki? jakie skrzepienie obiecuje on jabłonkom dusz waszych młodych, by przed się nie zakończyły na okwiecie? Wiaryż to kielich przychyla wam do ust? Dumy skrzydła przypina wam do ramion? Wzwyż porywa? - nad te śmietniki i gnaty, jakie jeno zostawili nam ludzie w życiu... Inny on tu z diabłem kadził dla was lek. Na zapału stygnienie w piersiach - zło i grzech jawny - za gryzącą kauterię na serce?!"
To spadło już na głowy żaków jakby z kułaka pokutnego kaznodziei. I spłoszyło ich całkiem. Już nie oczy, a dusze młode kierują się za goliardem.