Ni ten łan młody rozchwiały się żaków głowy pod mocnym podmuchem ducha. Wobec czego lekarz, stary snadź gracz na duszach, wziął z umysłu ton spokojniejszy:
"My to znosimy osiadłym nowych wiar nauki, nową gędźbę i opowieści nowe: - ducha wici nieustanne - a nade wszystko - rybałtową igrę z smętem życia!... Gdy osiadli murami grodów odgraniczają się od świata, dążymy, waganty, zawsze w światy nieznane: Chronosowi chyba samemu naprzeciw... Może nas grzechy zasłużenie kiedyś w piekło strącą, ale to pewna, że tęsknotom i dążeniom osiadłych tędy droga, i po naszych grobach, kędy my je targniemy za życia!..."
Tu już szał porwał żaki.
"Doctor admirabilis!" - hukną z młodych piersi.
I rzucą się ku temu nauczycielowi, porwą na ramiona. Któryś z nich puchar czym prędzej napełnił i wetknął mu go w rękę.
"Waganty! włokity! wszędybyły! - bryzga winem na te głowy młode - tyle w nas ordinis, tyle sekty, co w, tym kluczu żurawi, podążającym na wyraj ku wiośnie. Jeśli złe wichry zmiotną nas w morze, na te fale czasów, bijące wciąż i wciąż o brzegi życia - to i wonczas jeszcze, i w tym tonieniu, okrzykniemy się Sosnom zawołaniem naszym: Bacche!!..."
Dudni piwnica od wiwatów młodzieży; obalają się wszędy stołki i ławy pod natłokiem zapałów.
Zwyciężył lekarz w dysputacji. Nad pstrym tłumem wagantów kołysała się siwa broda i czarny kołpak uczonego. A gdy go talk po izbie obnoszą, stagnął się w tym zamęcie płaszcz z jego ramion. Linochód ujrzy z przerażeniem, że lekarz ma na grzbiecie szaty - w znamię kary kościelnej i ku przestrodze przed piętnowaniem - żółtą łatę kacerstwa.