"Wszelki duch Pana Boga chwali!..." - krzyknie z dłonią przy oczach.
Obskoczą go żonglerzy i poczną rozpytywać gorączkowo, czy tego rycerza spotkał już był gdzie w grodzie: dziwne bo słuchy krążyły pod wieczór między ludźmi, jakoby błąkali się dziś po mieście przez nikogo 'nie poznani...
"Na ulicy złotników i płatnerzy - odpowie im wreszcie głucho. - Przypomnijcie, panowie, jakem was zaklinał, byśmy tam poszli." "Po co?"
"Świat tam wykuwają wyższej piękności i mocy." "Więc co z tego?" - żachnęli się niecierpliwie. "Oczyma bodaj odnowić by nam w sobie on głód... Bez tego czymże nasza dola wagancka - mówiłem... A skorośmy nie poszli, przyszło do nas sam o." "Co?'" - zaszepczą w popłochu. "A onoż to." "Niby jakie: zło?'." "Nie człecze ciało w tej zbroi siedzi." "Ee!" - przerażą się ogromnie mimo nieufności.
"Pojrzyjcie: jestże w ludziach dzisiejszych taka moc i siła? Wyższego to świata nawiedza nas wędrownik."
Zasapią gromadnie.
"Pouczają mądre Żydy - przypomina jeden z nich z otrząsem zalęknienia - że nie zgadniesz nigdy, jakie słowo nasze i kiedy ziścić się może nagle w życiu. Któryż to prawił dziś w piekarni o Parsifalu, Lancelocie?"
"Pozdrowienie wolnym!" - zadudni nagle jak ze studni spod zawartej przyłbicy onej zbroi u proga.