I otwierały się żonglerom oczy i gęby w zdumieniu nad niesamowitą mocą bohaterów - opowiadanych. Iszczą się snadź w życiu osobliwym czarem.
Drugi rycerz tymczasem tyłem przysiadł się do stołu, rozkrzyżował poza sobą ramiona, szeroko rozwiał poły purpurowego płaszcza. I tak się wagantom przygląda, jakby każdego z kolei na wagę tu kładł i siły jego obliczał. "Chłopy na schwał!" - zwraca się do towarzysza swego.
I rzuci nagle na izbę gromko i weselnie, jakby ich wszystkich do tańca tu prosił:
"Pójdziecie, chłopcy, bić się - za przewodem naszym?"
Posiała się w izbie cisza długa i uparta. Rumor nagły rozlega się śród niej na schodach.
Ktoś zstępujący potknął się tam w ciemnościach i stoczył o kilka stopni z pomrukiem przekleństw. Na skręcie ukazuje się fartuch skórzany, broda po pas i ognista gęba płatnerza.
"Hop! - czknęło się w nim zuchowato, gdy całym ciałem uderzywszy o mur, nie poplątał tym razem kroków. - Uch! - stęknął z rezonem, obijając się brzuchem o drugą ścianę. - Jeśli ja w całości zniosę bebechy do tej jamy... Pódziesz!... - Kopie na wsze strony i opędza się psom. - Pewnie dno tego piekła niedalekie, skoro już cerberusy opadają... Beczka, widzę, że sam Bacchus mógłby siąść na nią okrakiem... Jestem na dmie otchłani! Witajcie, włokitowie!" - pozdrawia wagantów niby wojowników jakichś plemię.