"Tańczyłaś u benedyktynów?!" - wrzaśnie w tej chwili goliard jakby ze snu nagle ocknięty.
Aż się płatnerz zdziwił, na kogo gniew ten. I obziera się na wsze strony po izbie. "Nie masz jej tu przecie" - uspokaja tymczasem goliarda któryś z żaków.
Inny znów przygląda się smętnie jakowymś ciżemkom i pończoszkom niewieścim, dobytym z zanadrza. Skoczek Bachowy od strojnej pani na rynku zarobił, żak w kości wygrał - ale nie uwierzą temu na sądach. Powiedzą, że od jakiej radczyni za lubość przy studni dostał i - że żak - oćwiczą na goło.
"Masz!" - obdarza tym wszystkim dziewkę u beczki.
"Szukaj głupszej."
"Bo za malutkie to na stępory twoje: tak gadaj!" - obraził się żak całkiem.
I odrzuca to wszystko gdzieś w kąt, pod ławę. Jakoż opróżniają się w ten sposób sakwy niejedne z rzeczy niebezpiecznych - jak uważają w tej chwili waganty.
Baczy lekarz na ten ich gorączkowy niepokój; kiwa głową nad płatnerzem:
"Oj, te kowale! duchy rozruchu w każdym mieście najgorsze... Może byś nam jednak powiedział, jaka to sprawa jest, za którą gardłujesz?"
"Jak to, nie wiecie?! - zdumiał się rozkładając ramionami. - Gdy całe miasto o idącym rozruchu już pogaduje? I że wy właśnie tej nocy rozpocząć go macie?"
"Ładny kwiat!... Pokumajże się tu z wagantami i pij potem to piwo, jakie fama dla nich nawarzy. Owo gdzie się kończy wolność wasza, igrce! Każdy z was jest co najmniej przez pół takim, jakim go chce widzieć fama i ciekawość ludzka."