Obsiądą posłusznie ławy.
"Wina dam."
"Dawaj" - nie uradują się tym razem, lecz westchną.
A że mleczna w przyszłości baba dziewką była tymczasem, więc bodaj beczki mlekiem pokarmi "to-to" - jak z urągliwym wobec lekarza gestem obzywa rybałty. A jednak przed rycerzami, dybiącymi na tych chłopców zdrowie i życie, zastawia jakby sobą "to-to": pod boki wciąż ujęta, odyma się ta kwoka. I rada, bardzo rada widzi, jak jeden za drugim maczają gęby, ciągną wińsko.
"Dobra kobieta!" - sam płatnerz przyznać to musiał.
Nieochoczo jednak piją tym razem waganty. Z dłonią u czoła siedzą oto nad kuflami markotni bardzo - w tej trosce o się.
Tylko, którego dziewka najbardziej uchronić by chciała - ledwie wargi umaczał, już rozochocił serce, smętkom przekorne.
"Na toż bo nam przyszło! - wzdycha niby - za sławione bohatery samemu szyję dać!..."
I poskoczywszy między kamraty, zerwał któremuś z kuglców kaptur dzwonkowy, by w niego się przystroić.
"Miejcież, panowie, bodaj wesołka prawego na to zakrólowanie wasze śród igrców. A tym okrzeplej króle na tronach siedzą, im gorliwiej pląta się u ich nóg chwalca z gęsią, by każdy widział - czym jest igra przed frasobliwością czynu."
Płatnerz tymczasem pochyla się oto nad tym wielkoludem na ławie.