"Wszystko na was w życiu nastaje!... Moje wy chłopcy poniewierane przez ludzi!... A przecie wyczekują was ludzie po grodach jak tej rosy niebieskiej. Bo świata wy przecie rosa, grodów ucieszyciele! Moiściewy!..."
I szlocha już hucznie na wagancką gospodę całą: opłakuje dolę igrców sztuk wszystkich.
Wagantom chyba tkliwie uczyniło się w tej chwili, bo ten i owy pogwizduje sobie na rezon, stroszy wąsa. Może i z tego powodu, że nieco serca kobiecego poczuł na sobie każdy z nich, a wtedy pysznić się zwykła natura męska.
Tymczasem okno gospody dziwnie naświetlać się poczyna po nocy głębokiej. Zda się mrze ją te szyby w ołowiu jak o świcie: zrazu bławym, na poły zielonym jaśnieniem barw własnych, zanim coraz to wyraźniejszy m blaskiem łuny nie rozpłonie pod oknem i nyża cała. Coś jak chmury przegania za szybami, a po ścianach piwnicy pomykają co chwila cienie zwiewne.
"Gore!" - wrzaśnie dziewka, przerywając nagle swe zawodzenia.
I zerwawszy się z ławy, żegna się kilkakrotnie, jakby na ulgę, że pożar to nie w gospodzie, a daleko na mieście.
Rozchwiały się rybałty na ławach w poszeptach gwałtownych: prawdę zatem płatnerz powiadał. A prawda jego większa może, niźli mniemał: srogi bo ogień bucha tam, w grodzie, skoro aż tu, po ciemnych ścianach piwnicy, przewiewać poczynają czerwone cienie grozy - gdy z ciszy ulic dolatują głosy rogów na trwogę niczym psów zawycia po oddalach.