Zawodzi, tym bardziej że postaci obu panów w nyży okiennej ciemnieją dziwnie groźnie w tej żarzy na szybach - aż staną pod blask łuny za dwa posągi czarne w surowych obrysach swych zbroić. I, zda się, już tylko tym gestem dłoni pancernych powiadają do się, że on popłoch pożaru w mieście nadarza właśnie chwilę dobrą na przebicie się przez zbiry a straże i wywalenie bramy grodzkiej.
Jakoż, za rogów wyciem na trwogę, już i bębnów alarmy zawarczały po basztach - na "gore", na ratunek!
On rycerz wielki, który dotychczas milczał wciąż na ławie, a i potem wobec płatnerza roboty - zwraca się wreszcie ku wagantom z otwartą już przyłbicą. Obie ręce wsparł na krzyżowym jelcu - rzec coś pragnie. Przycichną - korna i dziwnie żałośliwa trzoda przed ogromem tej zbroi, pawęży i miecza.
"Za dnia na rynku - usłyszą wreszcie - zastawiłem sobą któregoś tu z was, że się wolnym ptakiem obwołał i prawdę poety mówić ludziom mniemał. Ledwiem kilka ulic z nim przeszedł, poznałem, jaka to prawda poety. Tu zaś leżąc na ławie, wsłuchiwałem się uważnie w sumienia wasze. Wiem teraz, jaka jest i wolność wasza, igrce... Na gościńcach cygaństwa może i wolne, w społeczności ludzkiej wy gorzej niż niewolniki, bo gdy tamtych chlebem i biczem jarzmiono, was tylko aplauzami na rynku."