Tu przycichł nagle jego głos i tok słów się odmienił.
"Ostatni już chyba rycerze błędna, ślubowaliśmy wyruszyć na szukanie Monsalwatu..." Przy tym słowie zdarł z siebie nagle hełm i trzymając go u piersi w dłoniach obu, pochyla kornie głowę.
Niczym wicher w łan kłośny, uderzy w głowy żaków to słowo, zawsze dla nich osobliwe: Monsalwat!... Zerwą i oni czapy, rozchwieją się w naszeptaniu, pochylą łan głów młodych.
A przecie, nawyku siłą, zezem wyzierają ku goliardowi: co on powie na to. W wiecowaniu udziały nie brał, jeszcze nie rzekł swego słowa.
Czuje goliard, że żakom bardzo potrzeba, by i on coś tu rzekł, acz nie do słów było mu w tej chwili: tak cały osępiał nosem i brwiami. Niczym mnich pokutny przed natręctwem pobożnych, zastawia się dłonią. I rzecze krótko:
"Chodźmyż - bodaj by z wiary niedostatkiem byśmy nie stali się jak ta trawa, która prędzej zwiędła, nim ją wyrwano."
A żakom widzi się w tej chwili - tam, w nyży okiennej - już tylko tego miecza olbrzymiego jelce w krzyż, a na nim cicho wsparte dłonie rycerza, jakby do przykucia u ramion krzyża tego. I słyszą:
"Igrce sztuk wszystkich! Dane jest wam przyłożyć rękę do znalezienia Graala - na odnowienie serc człeczych!"
Trzodą owiec z nagła ruszonych zgarną się waganty pod ten miecz. I takie ich opłomienienie duchem przenikło, że choć z na pół otwartymi ustami wiwatów okrzyknąć zapomnieli. Obwołują się właśnie jak te żaki na ochotę: sprężonymi nagle ramiony i rozwartą dłonią.