Pod to zapatrzenie się malarza, jak gdyby łódź chwili ochynęła się w morze czasu.
"Mej urody czasom stanie - jak kościoła!"
Nad miastem wyświetlały się jeszcze wieże, a wielce strome dachy martwym już odblaskiem, niby pyłem ceglastym, wypełniały rynek i ulice. Oczom nikli ludzie o tej porze, twarzy nabierały mury: w powietrzu zmierzchowym stały teraz, każdym załomem i granią srodze wyraziste ni to w zmarszczkach sędziwego wieku. Kędy spojrzysz: kadłuby murów, surowe kraty okien, wykusze ciężkie na rogach, dachów połamane piachy i te warownie gołe, bez blanków nawet - surowo, jakby na mieszczan chamską pogrozę, wypiętrzone wieżyska.
Za rozchwiejną ciszę pól na Ave, tu okrzepłość, chmurna kurzem ulic, opyłem murów a wyziewami piwnic, padała i na dusze. I nie jaskółki świerkliwe zganiały się w powietrzu, a niemo w bezszelestnym trzepocie targały się między murami nietoperze.
Pod sczerniałą w mroku górą kościoła ledwie się znaczył brat franciszkanin, przyległy gdzieś do schodów szeroką kupą szmat mniszych. Z rzadka tylko przerywał pacierze, prostował grzbiet i rozglądał się po placu: czekał na one dworki, które miały rycerzowi uładzić ucieczkę z miasta. Ale niewiasty one nie zjawiały się wcale - mnogie bo sprawy ma pewnie królowa na głowie swojej!