Na ulicach grodu pusto było i głucho. Tylko z wieżyc i baszt hukały sówki ponurym śmiechem po nocy. Tylko nietoperze miotają się wokół tych głów młodziańskich, tam i sam, jakby nici uroku snując niewidne, jakby znaki zaklęcia kreśląc w powietrzu. Kto zaś gadkom o rybałtkach wiarę dawał, temu zwidywały się jakoweś wyloty z kominów dalekich. Ale dobrze ich nikt nie rozpatrzył, bo za przeżegnaniem się ginęło to sprzed oczu.

Pod płaszczem gwiezdnej ciszy, w surowej pogrozie kościoła, zło samo sidłało dusze kuszeniem na tułactwo.

"Przeklęte niech będą waganty i sztuki ich wszystkie! Przeklęte niech będą powieści żonglerów!" - złorzeczył na swym łożu każdy człek stateczny w trosce o dusze młode.

A gdy chmura dymu buchnęła nad dachy i zakołowała się w rudych kłębach pożogi, gdy łuna naświetlać jęła ulice, a po oddalach zagrały rogi na trwogę - ludziom statecznym wydała się i ta ponurość chwili czymś oczekiwanym prawie. Dzień był nad miarę rozpustny, noc zasię jeszcze gorsza - tą gorączką śród młodzieży, porywaniem się jej na ojców z gębą buntu pełną, odgrażaniem się jakowymś rozruchem, który gotuje się w grodzie.

Zaś te ludzisk pośpiechy ze stągwiami lub ciężkimi kubły - ich dziwacznie pogięte postaci, wynurzające się z mroków w mruganie czerwonego blasku - wzniecały przypomnienie dusz czyśćcowych pod brzemionami pokuty. A cóż dopiero biało-czarnych mnichów nagłe zarojenie się na ulicach! Niejeden dominicanis biegł z nosem tropiącym i chwytał w nozdrza zalot diabła w grodzie, gorsze jeszcze pomsty Boże obiecując Sodomie i wysłańcom szatana - co oznaczać miało: grodowi i wagantom.

  WQKZBPM WQJVKQM WQXQQQM WJJJVJM WQPYYPM