Przy czym wskazują groźnie na kościół w oddali.

I zaprawdę: podświetlone łuną poczerniały jeszcze bardziej obie wieże, zaś tum cały wydaje się teraz ni to w górę zaklęty olbrzym, który na kolana padł i pręży ku niebu ramiona oba, pomsty nieba wzywając na miasto grzeszne.

A nie daremnie, ponoć. Co chwila odblask pożaru błyskawicowym rozdarciem nocy pada na kościoła szczyty. A w rozwidniony z nagła zacień onych krużganków i podcieni na wyży, pod łukowe wystrzępienia wnęk, wstępują blade mary kamieni żywych. Ocknięto grodu popłochem, ruszyły snadź i święte postaci spod baldaszkowych nyż - snują się z pacierzem po błędnikach wież, zażegnywując od ognia dom Boży... Tak rozedrgała się górą u murów gęstwa tajemniczych po nocy cieniów tumu; aż ocknie się i zło samo na poniżu: podejmie to kruczysko przycupnięte na okapie. I załopoce tym skrzydłem jego - od łuny krwawym.

"W imię Ojca, Syna i Ducha!..."

Tak się żegnał co chwila przede wszystkim ten, który leżał oto powalony na ostatnich stopniach kościelnych schodów, ociekając po nagim grzbiecie strugami krwi. Sczerniał od tej posoki i biały sznur franciszkanina w skurczu dłoni. Bokiem rzuciło brata na schody, w tej rozpaczy może, iż za późno temu na pokutę, kto za kobietę skarbonkę klasztorną diabłom oddał. Już taki nawet myślami swymi nie włada, bo i pokutę nawet tymi obrazami mąci, jakie mu diabeł w uszy naszeptuje.

  WJZGKKM WJQJKVM WJQYBJM WQZGQZM WQJPKZM