W ustach biczownika bełkoce się jeszcze jakiś szczątek pacierza, choć ani jeden płomyk jaśniejszych wyobrażeń nie rozświetla mu tej przepaści, w jaką strącony będzie, owca zabłąkana: przyjść mu wszak kazała pani do siebie. A dusza, w przeczuciu zatracenia, wspominać mu każe wciąż ową chwilę, gdy rycerz pocałunkiem ust swoich wzionął mu w piersi grzech swój - potężniejszy snadź nad wszystkie pokut moce.
Bo za każdym zelżeniem ręki wraca przypomnienie onej chwili, gdy spod białofutrzanej szaty na złoty łuk strzemienia wychynęła się łasicą stopka pani a za nią, jak ten wąż, spod spódnicy ukrycia wypręża się z nagła jej łydka śmigła.
W wspomnieniu zaledwie ośmielał się zobaczyć, co wówczas do obejrzenia było. Po raz setny wywoływał i odtrącał od się to kuszenie. Aż się targnęły oba kułaki mnicha na wszystkie w myślach kobiety:
"Bestiae bipedales!... Viperae pessimae!..."
A szatan śmieje się z tych szamotań swego łupu pod pazurem kobiecej chuci.
Bunt podjął wreszcie kark mnicha i wysztywnił go na klęczkach. I za pacierze, które stygły na wargach, przyniósł mu tę przestrogę świętego Augustyna: "Nie dawaj duszy swej kobiecie!... De carnibus tuis abscinde illam!"
Poderwało się ramię. A co śmignie sznur i uderzy w krwawą już na grzbiecie pluchę, nowy węzeł zadzierzga mnich na nim zębami, by się do żywego mięsa dosmagał, diabła samego w ciele dochłostał.