Sint... gunt!...

Bożycy wędrowania imieniem normandzkim odzwania się wieża.

Onże to - szatan wagantów - który kusił go przed chwilą, dorwał się ponoć i do kościelnego dzwonu?! Prawdęż okrakiwali dominikanie, że z wagantami Z ł o samo nawiedziło gród, wysyłało tej nocy swe bezszelestne gońce za duszami, a teraz zdzwania je wszystkie?! Bo nie na gaszenie pożaru odezwał się dzwon, lecz jakby tym ptakom wędrownym na zerwanie się z grodu.

Tam, w oddali, dach przed chwilą zawalony objęły widać, płomienie - bo łuna pożogi znowuż zadrgała nad miastem grozą czerwoną. A gwałtowny jej rozbłysk na murze, tuż przed oczyma mnicha, otrząsł go znów całym ciałem.

"Frate, gdy cię ogień cielesny ogarnął, zapal się w nim cały: rozpłomień w sobie i ducha twego żądze! - wyjrzyj z cieśni klasztoru! - podnieś głowę na wypisane gwiazdami powołanie twoje! - weź w piersi tchnienie pychy! - surge de profundis...!"

I roztoczyły się w wachlarz skrzydła łuny na murach, pod grzmot jakby daleki.

Rzuci się mnich ku niemu z krzyżem różańca w kułaku.

"Apage! apage! apage! Jam franciszkanin, ja minoryta: z maluczkich najkorniejszy."

Jakoż zgasł: wsiąknął w nagłą ciemnię przedkościelnego placu.

Sintgunt!... Sintgunt!... - huczał już tylko dzwon swym kuszeniem na włóczęgę.

  WJXBGJM WQBKJGM WJJGJZM WQXKXVM WQQZJVM