Pusto było. Tylko, ku przerażeniu mnicha, kozodój rogaty przehycnął tędy w poświstach i pokrzykach żaków pędzących za nim. Ujrzawszy brata, ucieszył się bardzo on cap, a gdy się zdało, że zbodzie rogami w napędzie, przytuli się do habitu kosmatą piersią, wyjmie z półdrętwych palców tę różę, którą zostawiła mu królowa, powącha kwiat, wetknie go mnichowi z powrotem w garść, sprośną swawolą połechta brata, parsknie mu w twarz jak ten koń - i poskoczy dalej w ulice. A za nim żaki. Śmieją się, niecnoty, z zakonnika. I znów pusto.
Wola cudza, mnisze posłuchanie: gdy trzeba, stać będzie do rana - iż tym ogniem w palcach. U figury pod klasztoru murem złoży tę różę; może ujmie wonczas duszy ciągłego przypominania tej chwili, jak pod szaty obłogiem na złotym strzemieniu kolebie się gołąbkiem siwym ten ciżemek pani... "Oo!"- coraz to bezradniej myślom z wieczora za furtą klasztorną... "Pana Lancelota siłą królowa do się sprowadzić kazała, opowiadał żongler... Został przyjęty in logiam, w rozmównicy, co było znakiem osobliwej przychylności pani..."
Ociężało serce; grzech rojeń czai się nad duszą i głuszy pacierze. Domarad, niedobra gorączka otrząsa mnicha dygotką.
Na plac wjeżdża konny; gdyby nie zatętnienie kopyt, cieniem by się zdał. Wprost na mnicha jedzie.