Jakoż roił się już na gościńcu wszystek lud wędrowny, jaki tej nocy wysypał się było z bramy miasta. Niejeden na zboczu drogi się zamitrężył motając w chusty ranną głowę lub ramię, zanim lekarz nieco dalej od grodu nie opatrzy ich jak trzeba. Od barwistości szat rybałtowych aż się mieni gościniec cały. Bokami zasię, chyłkiem - miedzą a ścieżyną - doganiają wagantów żaczki grodzkie, które tej nocy porwały się było w światy - vitam explorare!... probare omnia!.... Jakbyś łopot skrzydeł słyszał, podążających za kluczem: tyle w tych postaciach było ciągu wędrownego ptactwa, tyle woli tułaczej.
Wyruszył i franciszkanin z wagantami na wędrowanie swoje - za morze, ku Ziemi Świętej. Nie z dobrawoli pielgrzymi mnich i nie za pobożnych myśli przewodem, bo go i Ziemia Święta nie Kalwarią już nęci, a pysznymi kolory - na sycenie oczu, na spysznienie dłoni. Oto wiodą go pod ramiona i wloką w miesięczne tonie, ni te topielice w wodę, one dwie pogańskie boginie tułactwa, a panie świata kolorów: Singunt, wędrownica gościńców i jej towarzysza, Saga, wiele wiedząca opowiadaczka!...
Krętym wężem pnie się a wybiela na podgórzu droga daleka i urywa na szczycie w łęku między borami. Zastawia te wrota leśne wielka tarcza księżyca. Widmowo pomykają się ku niej na ostatnim już skręcie drogi obaj błędni rycerze na jednym koniu; płoną koncerze wzniesione. Nie zatrzymuje się to widmo na przełęczy - a sunie wprost w banię ognistą...