– Dzień dobry, najmilszy dyrektorze!
Nastąpiła pauza, po której nadludzkim wysiłkiem przemówił Stiopa:
– Czego pan sobie życzy? – i sam zdumiał się nie poznając własnego głosu. Słowo “czego” zostało wypowiedziane falsetem, “pan” – basem, a “życzy” – w ogóle nie wydostało się na świat boży.
Nieznajomy uśmiechnął się życzliwie, wyjął duży złoty zegarek z brylantowym trójkątem na kopercie, zegarek zadzwonił jedenaście razy, a gość powiedział:
– Jedenasta. Dokładnie od godziny oczekuję na pańskie przebudzenie, ponieważ wyznaczył mi pan spotkanie na dziesiątą. Więc jestem!
Stiopa namacał spodnie leżące na krześle, wyszeptał:
– Przepraszam... – włożył je i ochrypłym głosem zapytał: – czy może mi pan podać swoje nazwisko?
Mówienie przychodziło mu z trudem. Przy każdym wypowiedzianym słowie ktoś wtykał mu igłę w mózg, co powodowało piekielny ból.
– Jak to? Mojego nazwiska też pan nie pamięta? – tu nieznajomy znowu się uśmiechnął.
– Przykro mi... – zachrypiał Stiopa czując, że kac obdarzył go właśnie nowym upominkiem. Podłoga przed łóżkiem gdzieś uniknęła i wydało się Stiopie, że za sekundę poleci głową na dół do wszystkich diabłów, w otchłań bez dna.