Zmarszczył czoło i z kolei zapytał Strawińskiego:
– Pan jest profesorem?
Na co Strawiński z uprzedzającą grzecznością skłonił głowę.
– Pan tu jest najważniejszy? – ciągnął Iwan. W odpowiedzi Strawiński znowu skłonił głowę.
– Chciałbym z panem pomówić – powiedział znacząco Iwan Nikołajewicz.
– Po to właśnie przyszedłem – odparł Strawiński.
– Chodzi o to – zaczął Iwan czując, że wybiła jego godzina – że zrobili ze mnie wariata i nikt nie chce słuchać tego, co mówię!...
– O, przeciwnie, wysłuchamy pana z wielką uwagą – poważnie, uspokajająco powiedział Strawiński. – I w żadnym razie nie pozwolimy robić z pana wariata.
– To niech pan słucha: wczoraj wieczorem na Patriarszych Prudach spotkałem jakąś tajemniczą osobistość, jakiegoś chyba cudzoziemca, który z góry wiedział, że Berlioz zginie, i widywał osobiście Poncjusza Piłata.
Świta słuchała poety w milczeniu, zamarła bez ruchu.
– Piłata? Tego Piłata, który żył za czasów Jezusa Chrystusa? – patrząc na Iwana zmrużonymi oczyma zapytał Strawiński.
– Właśnie, tego.
– Aha – powiedział Strawiński – a Berlioz to ten, który wpadł pod tramwaj?
– Właśnie na moich oczach wczoraj go przejechało na Patriarszych Prudach, a ten zagadkowy obywatel...