– Rozumiem! – stanowczo oświadczył Iwan. – Proszę mi dać papier i pióro.
– Proszę przynieść papier i króciutki ołówek – polecił Strawiński otyłej kobiecie, a do Iwana powiedział tak: – Ale dziś radziłbym nie pisać.
– Nie, nie, oczywiście, że dziś, koniecznie dziś! – zawołał z lękiem Iwan.
– No, dobrze. Tylko niech pan nie wysila umysłu. Jeśli dziś się panu nie uda, to uda się jutro.
– On ucieknie!
– O, nie – powiedział Strawiński z przekonaniem – zaręczam panu, że nigdzie nie ucieknie. I proszę pamiętać, że tutaj pomożemy panu, jak tylko będziemy mogli, a bez tego będzie z panem źle. Słyszy mnie pan? – nagle znacząco zapytał Strawiński i ujął obie ręce Iwana. Ujął jego dłonie i z bliska patrząc w oczy długo powtarzał: – Pomożemy tu panu... Słyszy mnie pan?... Pomożemy tu panu... Poczuje się pan lepiej... Tu jest cisza, spokój... Pomożemy tu panu...
Iwan Nikołajewicz ziewnął nagle, twarz mu złagodniała.
– Tak, tak – powiedział cicho.
– No, to wyśmienicie! – Strawiński zakończył rozmowę swoim porzekadłem i wstał. – Do widzenia! – Ścisnął dłoń Iwana, a już od drzwi odwrócił się do brodacza i powiedział: – Tak, spróbujcie dać tlen... no i kąpiele.
Po małej chwileczce przy Iwanie nie było już ani Strawińskiego, ani jego świty. Za okienną siatka pysznił się w południowym słońcu wesoły wiosenny las na drugim brzegu rzeki, a jeszcze bliżej migotała sama rzeka.