Warionucha wybiegł z teczką z gabinetu.
Zszedł na parter, zobaczył olbrzymią kolejkę przy kasie, dowiedział się od kasjerki, że za godzinę będzie komplet, ponieważ gdy tylko rozlepiono sztrajfy, publiczność zaczęła walić jak nieprzytomna, polecił kasjerce zakreślić trzydzieści najlepszych miejsc w lożach i na parterze i nie sprzedawać ich, wybiegł z kasy, po drodze pozbył się paru zabiegających o wejściówki natrętów i wpadł na chwilkę do swojego gabinetu, żeby zabrać czapkę. W tym momencie zaterkotał telefon.
– Halo! – krzyknął Warionucha.
– Iwan Sawieliewicz? – wstrętnym nosowym głosem zasięgnęła informacji słuchawka.
– Wyszedł z teatru – zdążył krzyknąć Warionucha, ale słuchawka z miejsca mu przerwała:
– Niech pan lepiej słucha, zamiast strugać wariata. Niech pan tych depesz nigdzie nie nosi i nikomu nie pokazuje.
– Kto mówi? – zaryczał Warionucha. – Proszę natychmiast przestać się wygłupiać! My pana znajdziemy! Pański numer?
– Warionucha – odezwał się ciągle ten sam paskudny głos. – Czy ty rozumiesz po rosyjsku? Nie noś nigdzie tych depesz.
– Przestanie pan czy nie!? – krzyknął rozwścieczony administrator. – No, poczekaj! Zapłacisz ty mi za to! – Iwan Sawieliewicz wywrzasnął jeszcze jakąś pogróżkę, ale zaraz zamilkł, ponieważ wyczuł, że po tamtej stronie nikt go już nie słucha.