Grigorij Daniłowicz oschle i wymuszenie zapytał zwalającego mu się nagle na głowę kraciastego, gdzie są rekwizyty artysty.
– Brylancie ty nasz niebieski, dyrektorze najsłodszy – odparł skrzeczącym głosem asystent maga – nasze rekwizyty zawsze mamy ze sobą, oto one! Eins, zwei, drei!
Pokręcił węźlastymi palcami przed oczyma Rimskiego i znienacka wyciągnął kotu zza ucha złoty zegarek z dewizką, własność dyrektora, zegarek, który Rimski miał dotąd w kieszonce kamizelki pod zapięta marynarką – w dodatku dewizka zaciągała się pętlą w dziurce od guzika.
Rimski mimo woli chwycił się za brzuch, obecni przy tym jęknęli, a zaglądający przez drzwi charakteryzator chrząknął z aprobatą.
– To pański zegareczek? Proszę, oto on – uśmiechając się bezczelnie powiedział kraciasty i na brudnej dłoni podał osłupiałemu Rimskiemu jego własność.
– Z takim do tramwaju nie wsiadaj – cicho i wesoło szepnął charakteryzatorowi do ucha wykonawca monologów.
Ale kocur odstawił numer lepszy niż ta sztuczka z zegarkiem. Znienacka wstał z kanapy, podszedł na tylnych łapach do stolika pod lustrem, przednią łapą wyjął korek z karafki, nalał sobie wody do szklanki, wypił, korek wcisnął na miejsce i otarł sobie wąsy ściereczką do charakteryzacji.