– Lekarza!
– Będziesz jeszcze plótł smalone duby? – groźnie zapytał płacząca głowę Fagot.
– Już nie będę! – wychrypiała głowa.
– Na litość boską, przestańcie go męczyć! – nagle przekrzykując hałas, dobiegł z loży kobiecy głos i mag odwrócił się na ów głos.
– Więc jak, obywatele, darować mu czy nie? – zwracając się do widowni zapytał Fagot.
– Darować, darować! – rozległy się najpierw pojedyncze, przeważnie kobiece głosy, które zlały się następnie w jeden chór z głosami mężczyzn.
– Co rozkażesz, messer? – zapytał Fagot tego, który był w masce.
– No cóż – odparł w zadumie tamten. – Ludzie są tylko ludźmi... Prawda, są lekkomyślni... No, cóż... I miłosierdzie zapuka niekiedy do ich serc... Ludzie jak ludzie... – I rozkazał dobitnie: – Włóżcie głowę.
Kot starannie się przymierzywszy nasadził głowę na kark – trafiła precyzyjnie na właściwe miejsce, jakby się nigdzie nie oddalała. I, co najważniejsza, na szyi nie było nawet blizny. Kot strzepnął łapami frak i gors Bengalskiego i zniknęły z nich ślady krwi. Fagot podniósł siedzącego Bengalskiego, postawił go na nogi, wsunął mu do kieszeni fraka plik czerwońców i ze słowami: – Zjeżdżaj stąd, bez ciebie będzie weselej! – przepędził go ze sceny.

  WQQJBJM WQVYKKM WQYJJGM WJVXVVM WJXBPVM