Zbiegłszy na dół Rimski zobaczył śpiącego na krześle koło kasy w westybulu stróża. Przekradł się koło niego na palcach i prześlizgnął się frontowymi drzwiami na dwór. Na ulicy poczuł się nieco raźniej. Oprzytomniał na tyle, żeby schwyciwszy się za głowę zorientować się, że jego kapelusz został w gabinecie.
Oczywiście nie wrócił po kapelusz, tylko z trudem łapiąc oddech przebiegł przez szeroką jezdnię na przeciwległy róg, przed kino, gdzie majaczyło mętne czerwonawe światełko. W minutę był przy nim. Nikt nie zdążył zająć mu taksówki.
– Na leningradzki ekspres, dołożę na setkę – ciężko dysząc i trzymając się za serce powiedział starzec.
–Zjeżdżam do garażu – odpowiedział z nienawiścią kierowca i odwrócił się.
Wtedy Rimski otworzył teczkę, wyciągnął z niej pięćdziesiąt rubli i przez opuszczona szybę przednich drzwi podał je kierowcy.
W chwilę potem rozklekotany wóz gruchocząc mknął jak wicher po łuku Sadowej. Pasażera podrzucało na siedzeniu i w wiszącym przed kierowcą kawałku lusterka Rimski widział to rozradowane oczy kierowcy, to swoje, oszalałe.
Wyskoczył z taksówki przed budynkiem dworca, krzyknął do pierwszego napotkanego człowieka w białym fartuchu i z blachą na piersi:
– Pierwsza klasa, jeden, dam trzydzieści – gniótł wyciągnięte z teczki czerwonce. – Jak nie będzie pierwszej – bierz drugą... Jak nie będzie – to bierz trójkę!
Człowiek z blachą oglądając się na oświetlony zegar wyrywał Rimskiemu czerwonce.
W pięć minut później pod przeszkloną kopułą dworca już nie było ekspresu – znikł bez śladu w ciemnościach. Wraz z nim zniknął i Rimski.