Jak gdyby oczyma olśnionymi słońcem wydarł bogom ich tajemnicę największą.
A w tym jasnowidzeniu ogarnia go i to ostatnie uczucie szczęścia: wdzięczność przelewająca się modlitwą przez wszystkie wręby.
Więc warg zmysłowych szeptaniem składa bogu i człecze dziękczynienie - za życie, za szaleństwa ludziom nawet podarowane, za śmierć i tak rychły z niej powrót nowym ciałem i radośniejszą duszą: za ziemi odmładzanie wieczne. Pije Bakcha upojenia bez kruż: bóg przez żyły jego przepływa, serce samo w taniec wzywa - Dionizos!
Jak gdyby widział bluszczowego tyrsu jego rozmach na przodowanie:
Za najad pląsem i w bachantek szał!...
I tego berła szaleństwa wzniesienie się nagle błyskawicowe:
Nie zdrabnian, nie niżon i nie śmiertelny
niech mi będzie ton!
Cześć mu zaś oddaje nie tylko taniec z pogrzebów pochodnią, która u tego boga ołtarzy oznacza odrodzenie...
Największy śród bogów samych miłośnik gędźby kocha się, wiadomo, w słonecznych ukojeniach fletni. Lubują się w nich i panie tej świątnicy białej nad strumienia wodą: nimfy, które u pogan niegdyś i Muzami były.
Więc by bogu i im może wygodzić, przysiadł było Pan na głazie, podwinął rac pod kolano drugie, odął gębę przy fletni, wytrzeszczył ślepia w zapamiętałości grania i dmie.