Już cienie długie słały się po rumowisku...


Już cienie długie słały się po rumowisku i czerwieniały kolumn szczyty, gdy goliard opamiętał się wreszcie. I spostrzega teraz dopiero, że leży na płycie sarkofagu, którą czas strzaskał, w ziemię wrył i mchami przez wieki znów spoił. Stygło pod nim to łoże kamienne, żar południowej pory oddając wieczorowi. Na tym legowisku rozkoszy, która minęła, przeciąga się w kaprysach wciąż jeszcze ciepłe ciało kobiety - aż póki nie zepchnęło go precz, jako coś niepotrzebnego już zgoła.

Cybele wielopierśna wypuściła go z polipich ramion swoich.

Ustąpił bez słowa i jął się błąkać śród ruin. Odmieniła się pora. Głucha siność ogarniała już dale. Mierzchnie świat. Z oparzelisk za wodą mgły wyłażą i snują się u brzegów jakby zjawami mar nie dokształconych, jakby strzępami potarganych rojeń. Za strumieniem tylko czajka nad łęgiem polata w pokrzykach skargi wieczornej jak ta dusza za dnia oszukana słońcem.

Zorza na nieboskłonie wchłonęła, rzekniesz, w siebie Wszystkie żary i żądze ziemi; na kłębiastym granacie chmur krwawi i dymi zarazem. Dyskiem rozjarzeń świetlistych rozgorzał słońca krąg: jak gdyby ponad ziemią urodzajnioną w Bakcha chaosie wystawiała się w tej chwili na wyży - Bakchowi spornie - ta wiekuista tarcz światła i harmonii, która za Apolla na niebie niegdyś czczono, zanim go mistrze świątnicy nie zdziałały w kamieniu.

  WJVXVJM WJJVYQM WQBXXKM WQQJBVM WQXXXXM