Rozdział IX

ZAKLĘCIE
"Bądź ty błogosławionym czy przeklętym duchem;
przynoś rosę nieba czy dym piekieł z sobą;
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Muszę z tobą mówić!"
Hamlet Szekspira

DUSZNE SĄ TE SMĘTARZE LUDZI żyjących nazywane miastami. - Wspaniałe pałace i rzędy domów są tylko szeregiem grobowców. Tu nawet wzrok jest spętany, zimne głazy spotyka lub zimniejszą pierś człowieka kupczącego. Tu myśl jest spętana, niebo nawet dym kominowy ci zasłoni, tu musisz zapomnieć, żeś człowiekiem, a żyć jak jedno kółko machiny bezduszne, bez woli, bo gdybyś własnym życiem się poruszył, to cały rój wyrzuci cię ze swego mrowiska, jako przestępcę praw wiszących na szyldach ulicznych. Żadna pierś czująca nie odetchnie w mieście - tam czołgaj się, jak robak, w ślady za drugimi, a jeśli chcesz skrzydła rozwinąć lub ulżyć oddechem duszy - uciekaj za miasto!

Sędziwoj mijał już bramę Bazylei, czarowny widok okolic roztaczał się przed jego oczami i gwałtem go ciągnął do siebie. Zszedł z głównej drogi i boczną ścieżką udał się w dolinę wiodącą między góry. Słońce całym blaskiem wypełniało lazurową przestrzeń, jakby złote iskry światła widocznie krążyły w promienistym eterze. Wszystkie świetne barwy i odgłosy z gajów i skał, i strumieni rozkosznie łączyły się w jeden obraz, jeden akord i biegły do duszy dzwoniąc pieśń chwały i pokoju natury. Śród doliny nad strumieniem stały rzędem ładne chaty wieśniacze, młodzieniec spostrzegł je i odwrócił się, tak życzył sam pozostać. Środkiem wąwozu szła ścieżka i gubiła się w łożysku wyschłego potoku. Wszystko było ciche, spokojne, a on z rozpaczą się patrzał dokoła, jakby burze z całej ziemi do jego się piersi teraz schroniły. I wściekle się rozśmiał, a echo i ten chrapliwy śmiech goryczy oczyszczony i dźwięczny oddało mu na powrót. Podwojonym krokiem postępował wyżej. Wysokie drzewa coraz rzadsze, a z rozpadlin skał zwieszały się karłowate skąpą żywione ziemią. Jeszcze wyżej już tylko niskie napotykał krzaki, głazy nagimi świeciły grzbietami i gdzieniegdzie między kępami szmaragdowego mchu i siwych porostów rozwijały się świeże, na równinach nie znane, kwiaty. I powietrze coraz czystsze, świeższe, zachęcało go do pięcia się wyżej po ostrych skałach. W dolinie drobne zagrody ludzi i chaty traciły wszystko, co brudne i nieforemne, a z tej wysokości uroczych nabierały kształtów i kolorów. Z wolna mgła spuszczała się jak zasłona przejrzysta i otoczyła go dokoła. Później chmury zasłoniły Bazyleę i cały widok daleki. Sędziwoj spoczął, odetchnął, był sam jeden, dokoła tylko zimne kamienie. Nieznacznie wpadł w głębokie zadumanie. Cała jego przeszłość, burzliwa w głębi, a na pozór spokojna, młodość, wszystkie żądze, wszystkie chęci tańczyły dokoła, jakby obręb czarodziejskiego kręgu, a on, spętany, nie mógł się wydobyć na zewnątrz. Wezbrane uczuciami serce, myśl rozpalona chciały się gwałtem wydobyć z tego więzienia, a dokoła było wszystko już zasłonione chmurami. Złożył rozpalone czoło na zimnym głazie, wspomniał czas niewinnej młodości, gdzie modlitwa była tarczą wszystkich cierpień, filarem upadającej duszy - i westchnął, ale teraz zimna nauka i gorące jej żądze i modlitwę spłoszyły, i łzy wysuszyły. I rozbierając stan swój szukał koniecznie powodu i winy zewnątrz siebie, szukał, na kogo by mógł zwalić ciężar przygniatający go.

Choinki   WQXXBVM WQYJGKM WQVGPGM WJXPKXM WJVXQYM