Rozdział V
SZTUTGARD
"Dionizy Zachariasz, piękny młodzieniec, bardzo prędko wynalazł kamień mądrości. Wtedy nabrał ochoty zwiedzenia świata."
Mardocheus de Delle, 1603 r.
DZIEŃ PRZYJAZDU SĘDZIWOJA do Sztudgardu był jakby uroczystością obchodzącą całe miasto. Już się ściemniało, bramy zamykano, a jeszcze potoki ludu szły lub wracały z jednego przedmieścia, w którym spustoszony klasztor sławny alchemik zajął na swoje mieszkanie. Z daleka łuna od świateł, dźwięki muzyki i gwar zabawy mimowolnie wabił ciekawych. Na kupach gruzów z rozwalonego muru, który otaczał dziedziniec i smętarz klasztorny, paliły się beczki smoły; od miejsca, gdzie niegdyś była brama, do głównego wejścia rozpięty był wielki pąsowy jedwabny namiot, ziemia pod nim czerwonym suknem usłana, boki otwarte, otoczone pomarańczowymi, laurowymi i cyprysowymi drzewami w wazonach, a krwawe światło, przedzierające się przez te zbytkowe krzewy białym okryte kwiatem, ponuro oświecało niedalekie grobowce i mogiły smętarza. Oba okna obok drzwi wchodowych ustrojone były dywanami, kwiatami, festonami bogatych materii i mnóstwem lamp kolorowych; z pośrodka okien biły wytryski wina i szumiąc, mieniąc się w świetle, spadały w wystawione wielkie konchy wyzłacane. Dokoła chciwa tłuszcza tłoczyła się, rozbijała o kosztowny napój; nasyceni, jak na pobojowisku, cokolwiek dalej pomiędzy grobami spoczywali na trawie.