Rozdział VII O

STATNIE WEZWANIE
"Duch sam sobie jest wszystkim, miejsca mu nie trzeba,
Sam sobie z piekła niebo, piekło robi z nieba."
Miltona Raj utracony, Pieśń I

W CIEMNYM I OBSZERNYM podziemiu jednej z narożnych wież drezdeńskiego zaniku spoczywał na garści zbutwiałej słomy Kosmopolita. Dzban wody i kawał chleba, od kilku dni nie tknięte, leżały obok niego na wilgotnym kamieniu podłogi. Naprzeciw, wysoko, było małe okienko przedzielone dwoma żelaznymi sztabami, które na jasnym tle pogodnego nieba wydawały się jak czarny krzyż. Kilka gwiazd przesyłało drżące promiona obok tego znaku zbawienia do ponurego lochu. Już trzy dni po pierwszych torturach więzień spoczywał. Wszystko w mieście spało w głębokim milczeniu, do podziemia dolatywał tylko czasami odgłos warty.

Kosmopolita powstał, zbliżył się do okienka, patrzał długo w ubrylantowane gwiazdami niebo i utonął w myślach.

*

I dlaczegóż synowie światła nie okazują ci się? - Dlaczegóż współwyznawcy wielkiego bractwa głuchymi są na twoje wezwanie? - Kabalisto, czy czary twoje już są bezsilne? - Bledniejesz, serce twoje drży. Nie takim byłeś niegdyś, kiedy duchy światłości posłuszne były twoim rozkazom! Nie zioła to, nie czary, nie słowa tajemnicze, ale dusza rozkazuje dzieciom eteru, a dusza twoja ustąpiła swego berła miłości - miłości ziemskiej, której córką jest śmierć.

  WQXBJVM WQGJYBM WQVVXKM WJXYXYM WJKXVYM