Rozdział VIII

TORTURY
"Jałowiec i cedr namaszczone olejem wolne są od robactwa
i spróchnienia: podobnież dusza raz ożywiona Boskim tchnieniem
nie podpada żadnemu tego świata zepsuciu."
Pliniusz, ks. XVI, r. 40

WIĘZIENIE KOSMOPOLITY mocno było strzeżone; wszystkie pogłoski chodzące o nim nakazywały ostrożność. Przedsionek więzienia, będący razem kurdygardą, zapełniało czterdziestu żołnierzy z kapralem, umyślnie do pilnowania więźnia przeznaczonych.

Późno już było w nocy, na kominie trzeszczący palił się ogień, mały dobosz raz po raz starym rapierem w nim grzebał. Przed ogniem na wielkim krześle wygodnie, grzejąc się, siedział otyły wachmistrz z wyciągniętymi nogami, podciągając co chwila opadające cholewy obszernych butów ówczesnej mody.

Przy stole słabo oświetlonym od kagańca, na łańcuchu ze sklepienia zwieszonego, porozpierani wojacy grali w kości, inni patrzyli na grających lub zabawiali się rozmową, a wszystkim krążące kufle długi czas skracały. Ogorzałe twarze, potężne wąsy i brody, odbłysk płomienia odbity od żelaznych pancerzy i naramienników, stosowny tworzyły obraz do ich rozmów jaskrawych, przekleństwami kraszonych. A rozmowy wszystkie obracały się ciągle i wracały do jednego głównego przedmiotu, do więźnia, którego strzegli. Nie było zbrodni i czarów, których by mu nie przypisywano, a rozognione wyobraźnie trunkiem i tajemniczością otaczającą więźnia najdziwaczniejszym wierzyły powieściom. Opowiadania i kufle w najlepsze krążyły, gdy na kurytarzu zewnątrz dał się słyszeć odgłos zbliżających się ludzi. Otworzono podwoje, błysnęły pochodnie i całe wnętrze kurdygardy krwawym światłem olśniły; za pachołkami, niosącymi pochodnie postępowali panowie radni, sędziowie w togach i czarnych biretach, a w końcu kat w czerwonym płaszczu, z błyszczącym mieczem i oprawcami.

  WJXJZPM WQPGJZM WJQZBBM WQZQVVM WQJKGYM