- Jak to! - zawołał Sędziwej - Beata Tholden zginęła?

- Tak, panie, jak tu żyw stoję, i nie jedna ona. Mnóstwo ludzi się podusiło i popaliło w tym natłoku, a wielu wieża, jak spadła, zabiła. Panie Boże, ciężkie twoje dopuszczenie!

- A córka jej, Arminia?

- Ta jakoś przypadkiem, widno już takie było przeznaczenie, onego dnia nie była w kościele i ocalała. Ale i ona się zaraz, Bóg wie, kaj podziała i to jakby cud. Bo tylko com ją widział, cała była we łzach, ledwiem ją utrzymał, aby niebożątko w taki tumult i ulewę nie biegło, miałem sam wyjść, aż tu nadszedł ten wysoki cudzoziemiec, ten książę, czy co to za jeden, co to ludzie o nim szeptali że... już mnie pan rozumie, że ma związki ze złym - otóż on kazał mi iść precz. Pobiegłem ja do kościoła, ale gdzież tam, ani przystąpić! Tylośwa patrzali, jak ołów i miedź roztopione jak strumienie ogniste spadały; głownie i cegły daleko pękały, jakby je złe duchy rzucały! A w środku ryk, hałas! druga Sodoma! - Ja też wspomniałem na pana, przeżegnałem się i powracam do domu po konie, bo już wszystko było gotowe. Już mam wyjeżdżać, gdy oto banda hultajów chwyta mnie, zsadza ze szkapy; dowodził nimi ten brudny lekarz, pijanica, co to bywał na dole.

  WQKVVKM WQPJQJM WQBJBYM WJZYGGM WQXKPGM