Zapłomienione winem lica, oczy iskrzące, język nieposłuszny, chód chwiejący się, ubiór i włosy w nieładzie, a przy tym na całej odrażającej twarzy wyraz złośliwy i zwierzęcy tworzyły z niego w tej chwili godnego posłańca szatana. Arminia spojrzała, krzyknęła i twarz rękami zasłoniła. Bodenstein zasuwając za sobą ciężkie rygle drzwi, jąkającym się mówił głosem:
- To niegodnie, panno Tholden! bo dla mnie, miły ptaszku, ty zawsze jesteś panną Tholden. Tyś moja narzeczona; pamiętasz w Bazylei? - przyrzekłaś mi dać swoją rękę za uzdrowienie twej konającej matki! - A potem oszukaliście mnie!- Nieprawdaż, kochanko, że zapomnisz o tym twoim niby mężu, przeklętym czarnoksiężniku? - Ha! ha! Spodziewaliście się, że wam się uda zręcznie uniknąć pułapki. Ale nie tak łatwo podejść Adama von Bodenstein! Oho! nie tak łatwo takich się ludzi oszukuje.
- Ja też to siedzę sobie spokojnie i bawię się w gospodzie Pod Zielonym Lisem, a ci tu wymknęli się cichaczem, jak prawdziwe lisy! Szczęście, że wyszedłem przypadkiem i dostrzegłem tego tatara - wiesz, tego służącego u wariata alchemika z piekielnym nazwiskiem! Tak, kochanko! spostrzegłem, że unosi coś z gospody. O! bo ja, chociaż tak! - rozumiesz mnie, chociaż trochę piję, jednak dobry mam wzrok. Ja w tej chwili lecę do twego mieszkania, a tu otwarte drzwiczki i klatka pusta, ptaszek uleciał! - Dalejże więc, zawołałem moich kamratów, dwóch pachołków od miejskiego oprawcy; dzielne chłopaki, i dalej w ślady za jegomościem. Zwijał się jak kot przed chartami, ale i ja nie w ciemię bity; złapałem go i tam na rogu związany leży na bruku, kamraci moi pilnują go.