Rana nie była szkodliwą. Jak mógł, na prędce zatamował obwiązaniem sączącą się krew i na nowo zapalony żądzą i zemstą zbliżył się do zemdlonej.
Oczy miała zamknięte, długie włosy jak aksamitne wstęgi na śmiertelnej bladości szyję i białą suknię spływały, a na skrwawionym łonie trzymała rękę, z której ledwo wypadł sztylet.
I obraz ten uderzył go w inszy sposób, niż się spodziewał. Niewinna kobieta wydała mu się groźnym aniołem mścicielem znieważonej niewinności.
Jego własna krew już rozlana przejęta go trwogą. Może pierwszy raz w życiu zabrzmiały mu jej słowa wyrzeczone niedawno:
- Bóg cię ukarze!
I chociaż rzucił się na trzymającą sztylet, teraz zemdlonej obawiał się dotknąć. Cisza panująca dokoła, skutek wina, gwałtownego wzruszenia, a może po części i rany sprawiły, iż na chwilę siły go opuszczać poczęły. Oczy mgłą mu zaszły, kolana uginały się, szum w uszach się odezwał.
Chwycił się ręką za stół i zbierając ostatnie siły odetkał flaszkę z eliksirem i chciwie pociągnął zawarty w niej napój. Lecz zaledwo połknął, zaledwo zdążył flaszkę postawić na stole upadł na wznak jak piorunem rażony - nieżywy.
Dla nieprzysposobionych poprzednim, przygotowawczym życiem, eliksir był nagłą trucizną.
Noc się już skończyła, na niebie szeroki czerwony pas nad ziemią poprzedzający ranek zajaśniał, gdy Kosmopolita i Sędziwoj wyszli z więzienia.
Na załomie ulicy niedaleko od domu, w którym odbyła się poprzednia scena, leżał skrępowany Jan; pilnowało go dwóch towarzyszów Bodensteina, zapłaconych od niego pijanych włóczęgów, którzy na teraz długim czuwaniem znużeni na ziemi mocnym snem pokrzepiali się.
Uwolnienie Jana, wybicie drzwi mieszkania i wyzwolenie Arminii, która sama do siebie z głębokiego omdlenia przychodzić zaczynała, szybko po sobie nastąpiły.
Nim dzień zajaśniał już prześladowani daleko byli za bramami Drezna.