- A gdzie twój pan? - krzyczeli, klęli. - Przysięgam, że nie wiem. - Wiesz - wołali - uciekł z córką alchemika! - Dopiero wtedy spostrzegłem, że cały dom był zrabowany, spustoszony, Jak po wojnie. Oni zaprowadzili mnie do znajomej sobie karczmy, drzwi zaryglowali i przetrząsnęli całego. Jedni grozili rapierami, inni gotowali się do bicia i męczenia. Już czekałem śmierci, bo w owej okropnej chwili, kiedy przez okna tylko łuna pożaru i okrzyki ludu dochodziły mnie, toby nikt nie posłyszał wołania ani pospieszył na ratunek. Polecam się więc Panu Jezusowi, bolejąc tylko, iż tak pana samego zostawię, gdy oto ten wysoki, ten książę, co go to pan znasz, spadł jak z nieba. Nie widziałem nawet którędy ani jak wszedł; tylko raz zawołał na nich, a rozstąpili się i struchleli, jakby z kamienia. Byłem więcej umarły jak żywy, dlatego nie pamiętam, jak on mnie wyprowadził, dość że mnie wywiódł przed karczmę, gdzie były przywiązane oba konie. Tego mi też trzeba było. Noc już zaszła, co tchu więc czwałem za miasto pędziłem; gdyby nie ten pożar, co świecił, może bym i nie trafił. Chwała Bogu, że już się skończyło, a teraz uciekajmy.

- Czy nic ci ten twój wybawca nie mówił?

- Ale, ale, byłbym zahaczył, kazał mi panu powiedzieć, aby pan swego przyjaciela wykupił, ale ja nie wiem, co to znaczy. A teraz, panie, gdzie pojedziemy? Ja bym myślał, pozwoli pan słudze radzić, jedźmy do Krakowa - oto w tę stronę, panie, droga do domu.

  WQBPBPM WQKKKZM WJJVGKM WQQYYYM WJGZVVM