Arminia mieszkała ze starą przyjętą służącą, samotna, bez znajomych, bez przyjaciół, i unikała ich.

Smutek nadał całej jej postawie powagę i czarującą piękność, jakiej w niej dotąd nie spostrzegał. Chociaż rysy zostały te same, rozwinęły się, nabrały wyrazu i nowy duch ożywiający je podwyższył do niepoznania ich piękność. Najpierwsza i najrzadsza z ozdób kobiety, czoło jej, wysokie i równe, jaśniało wzniosłą i szlachetną otwartością. Oczy ciemnobłękitne, posłuszne każdemu uderzeniu serca, tak pięknie odbijające od czarnych włosów, zachwycały. Oprócz tego w każdym poruszeniu jej, w mowie, w głosie nawet, panowała jedna zgodna harmonijna całość, zmuszająca najobojętniejszego do podziwienia tej piękności, której sztuka nie ćmiła.

Jednego wieczoru po zachodzie słońca, w owej miłej porze, kiedy dzień się już kończy, a noc jeszcze nie zacznie, w tej przechodowej chwili, tak podobnej do teraźniejszego stanu duszy Sędziwoja, w łagodnym zmroku, który serca nasze usposabia do otwarcia się, jak kwiaty niektórych roślin wieczornych do wydawania zapachu z zamkniętych w dzień koron kwiatowych, Sędziwoj siedział z Arminią pod wystawą domu, w którym umarł Kosmopolita.

Długi czas w milczeniu wpatrywali się w cudny obraz roztoczony przed nimi. Tajemnicze wieczności hieroglify gwiazdami na niebie znaczone jasno się iskrzyły, a na Wiśle czerwone ognie, jak drugie gwiazdy ziemi, igrały odbite w wodzie, nad której falami unosiły się smutne okrzyki retmanów i dalekie śpiewy flisów, jakby starą rzekę Wandy do snu kołysały. Cichnął gwar miasta i dzwony nieszporne milknęły, wszystko uroczystą harmonijną modlitwą ciszy wprost biło do serca patrzących.

  WJQYBVM WJVVBBM WJZGXZM WQKKGXM WQYXYPM