W czasie jesieni, w rocznicę urodzin dziecięcia, Arminia postanowiła, pomimo tyle razy powtarzanego odzywania się, silnie uderzyć umysł męża i jeszcze raz zaklinać go o powrót do świata, powrót do miłości. Niepamiętna, iż sama doświadczyła, że uczuciom nie można rozkazywać, gdy raz ulecą, nikt ich nie zdoła wrócić do pierwszej mocy.

Z niecierpliwością oczekiwała początku dnia wyglądając co chwila rychło zgaśnie krwawy płomień świecący w laboratorium. Mąż jej trzecią noc już tam przepędzał nie powracając do domu. Zorza zwiastowała wschód słońca, ptaki radośnie się odzywały, natura cała wesoło budziła się, tylko w duszy Arminii smutek na ten widok powiększał się. Nie mogąc wytrzymać udręczenia, wziąwszy dziecię na ręce udała się do pracowni.

Przestępując próg nienawistnej komnaty, w której z kłębami dymu szczęście jej ulatywało, myślała, iż idzie po wyrok śmierci, tuliła do łona syna, jakby uścisk matki mógł go ochronić od zguby.

Otworzyła drzwi, cichość panująca wewnątrz przeraziła ją.

Mąż jej, schylony przy stole nad księgami, przypatrywał się naprzeciw lampy naczyniu szklannemu dziwacznego kształtu, napełnionemu płynem ciemnego koloru. Sługa, przy ogniu pieca chemicznego także zamyślony, nie spostrzegł wejścia żony swego pana.

  WQZQKGM WQKKJJM WQYXQXM WJVVXGM WJZVVGM