Arminia lekko dotknęła się ramienia Sędziwoja, ale ten nie unosząc głowy mówił do siebie przytłumionym głosem:
- Dwieście jeden dni i nocy tak uciążliwej pracy dziś kończy się! Wielki Walentynie, twój geniusz ożywia alkahest. Jutrzenka wszechwładnego słońca wschodzi nad tajemną tynkturą - dzisiejszy dzień powinien oświecić wskrzeszenie potęgi Trysmegista!
- Mężu mój! - odezwała się z trwogą Arminia.
- Nic nie opuściłem - mówił dalej alchemik. - W pełni księżyca Diana opiekowała się zapłodnieniem, fermentacja w łonie nocy do światła jasnym strzeliła promieniem - teraz, opiekuńcze duchy, wspierajcie wielkie dzieło.
- Mężu - rzekła głośniej jego żona wstrząsając go z rozpaczą za rękę. Sędziwoj podniósł głowę, jakby się budził ze snu ciężkiego, i osłupiałe oczy utkwiły w pustej przestrzeni. Arminia trzymała naprzeciw niemu uśmiechające się dziecię, które wyciągało drobne rączki do błyszczących metalowych naczyń.
- Mężu! czy mnie nie spostrzegasz! Nie widziszże syna twojego, dziś rocznica jego urodzin! - wołała konwulsyjnie przerywanym głosem.
- Jeżeli kiedykolwiek tliła w tobie iskierka miłości, obudź się, wyrwij z tych sideł szatańskich! zejdź z tej drogi, która pod tobą się usuwa. - Patrz, jak przepaść bliska! - Nie mnie! nie mnie, ale syna swojego ratuj! - Zaklinam cię! Dzieci są świętymi tej ziemi, ich pośrednictwo dochodzi do nieba. Bóg przebaczy ci, tylko nie gub tego, któremu dałeś życie! - Dla mnie bądź ty czarownikiem, bądź szatanem, nie ulęknę się, ale niech tylko mnie jednej grozi niebezpieczeństwo.