Wydobyli wreszcie tygiel z żaru i Sędziwoj wrzucił do niego pełną łyżkę jakiegoś złotawego proszku, gdy nagle wicher zakręcił się nad dachem pracowni tak silnie, iż węgle z komina sypnęły iskrami na środek komnaty, a biały, gryzący dym buchając jak kaskada z tygla wypełnił całą pracownię.

Jan posunął się ku drzwiom chcąc je uchylić, gdy te same z trzaskiem otwarły się i syn alchemika wpadł na środek, przesiąkły deszczem, czerwony od znużenia, z wyrazem nadzwyczajnego przestrachu. W ręku trzymał złamany łuk, głowę miał obnażoną i nie zważając na dym wypełniający pracownią zapytał się przerywanym dla znużonego oddechu głosem:

- Ojcze, czy wołałeś mnie? I wskazał ręką na otwarte drzwi pracowni w głębię ciemnego kurytarza, lecz nie zdołał więcej przemówić, bo - odetchnąwszy głęboko parę razy - schwycił się za piersi, a później zatykając ręką usta chciał wyjść z tej zabójczej atmosfery, ale już do drzwi dopaść nie mógł, zakręcił się, potoczył, ukląkł i upadł na progu.

To niespodziane zjawienie się syna Sędziwoja tak przeraziło go, iż przez chwilę nie mógł przyjść do przytomności, nie wiedział, co począć; chwila ta wystarczyła do ogarnięcia go wyziewami. Pierwszy Jan, ochłonąwszy z trwogi, porwał młodzieńca na ramiona i wyniósł na świeże powietrze, ale już przemówić nie mógł. Wskazywał ręką na las w górach, to znów na pracownią, przyciskał dłonie do piersi i skazywał w górę ze łzami w oczach, ale znaczenia tego trudno było odgadnąć. Owładnięty zabójczą parą w kilka dni umarł na ręku Jana.

Sędziwoj przez kilka miesięcy nie zaglądał do swej pracowni.

  WQYVQXM WQZPVKM WQJVPQM WQPYZPM WJJJPYM