Jan wierzył, iż pan jego kiedyś posiadał tajemnicę robienia złota i że wypadkiem jakimś niezbadanym zagubił sekret; teraz z każdym dniem rozumiał, przysiągłby na to, iż go na nowo odkryje.
Raz powrócił z podróży do Krakowa później, dłużej jak zwykle się bawiąc, i smutny nie witał zwykłym uśmiechem swego pana; nie złożył na stole ani kupionych materiałów, ani worka z pieniędzmi, lecz w kącie pokoju, milczący, zawstydzony, zakrywszy oczy rękami siedział jak posąg.
Sędziwoj nie pojął wyrazu zgryzoty na twarzy sługi. Według zwyczaju zaczął czytać z kartki wypisany szereg i porządek nowych prac, które odbyć tej nocy zamyślał.
Dawniej Jan tu i owdzie dodawał uwagi na znak, iż rozumie swojego pana; i dumnym był z tego, nieraz jednym wyrazem lub okrzykiem radości podziwiał każde niezwykłe doświadczenie; teraz alchemik skończył czytanie, a służący nie miał dość odwagi, aby mu wyznać, iż nie przywiózł ze sobą ani jednego grosza pragskiego.
Jeszcze było kilka godzin do wieczoru, zwykłej pory rozpoczynania doświadczeń, i Sędziwoj poszedł pod wystawę domu używać świeżego powietrza i łagodnych promion słońca, a Jan czekał, czy Opatrzność nie zeszle mu ratunku.
W prostocie swego ducha miał nadzieję cudu.