Wtem po kamienistej drodze od Krakowa zajechał przed dom konno jeździec i zsiadając witał Sędziwoja.
Jan uchylił drzwi i zbladł na widok gościa.
Był to starzec późnego już wieku, lecz dość jeszcze żwawy. Włosy wysoko podgolone okrywał starej mody marmurkowym kołpakiem; wąsy i brodę dokoła twarzy krótko miał podstrzyżone, które, jakkolwiek ubielone wiekiem, przebijały rudym kolorem. Po twarzy w ciągłym ruchu będącej, zmarszczkami pokrytej, po wzroku niespokojnym, ustach złośliwym uśmiechem do góry wzniesionych, można było jeszcze poznać chytrość i dumę, które tym człowiekiem miotały. Pomimo wiek podeszły był w ciągłym ruchu i pochylonym ciałem ustawicznie się kłaniał.
Podróżny jego ubiór składający się z żupana i delii był dwóch kolorów, więcej obznajmiony od Sędziwoja z otaczającym go światem poznałby od razu na tym dworaku barwę służącego na dworze pana krakowskiego, którym naówczas był Mikołaj Wolski.
Gość zbliżając się do alchemika po zwykłym powitaniu rzekł:
- Zapewne nie poznajesz mnie? To już lat tyle, jak nie widzieliśmy się; i ciebie już starość śronem osypała, i ja, kiedyśmy się znali, nie byłem tak pochylony.
Ten znajomy dźwięk głosu niespodzianie uderzył Sędziwoja. Nagle, jakby czarodziejskim sposobem, wróciły mu do pamięci spomnienia młodości. Po chwili bacznego wpatrywania się rzekł: