- Precz ode mnie, nikczemny! - zawołał starzec z oburzeniem. - Te pisma nie są mojej ręki! Ja nie znam ani Mikołaja Wolskiego, ani Mniszcha - ja nikogo nie znam i nie widziałem! Dlatego że oddany moim badaniom, noc i dzień zatopiony w księgach, zapomniałem o świecie, więc rozumiesz, że do tego stopnia zapomniałem obrotów [światowych, iż] mnie podłością obarczyć potrafisz. Znam cię - chcesz się mścić nade mną! To jest piekielny twój wymysł.
- Wymysł? - zapytał Rogosz i dobywszy znowu z kieszeni bitego talara rudolfowskiego pokazał go Sędziwojowi.
- A to czyj jest wymysł? Czy wiesz, co znaczy to złoto, które z powierzchni tego talara starłem gdzieniegdzie? Zapewne taka sztuka zowie się uczciwością alchemiczną?
- Ten pieniądz jest pozłacany - rzekł Sędziwoj.
- A tymczasem - dodał Rogosz - twój Jan takie talary, niby od ciebie zamienione na złoto, bardzo drogo sprzedaje. Jego wszyscy znają w Krakowie, wiedzą, że on twoim służącym, dlatego mu wierzą; ale teraz wydają się sprawki. Sam król miał taki talar twojej roboty w swym ręku!1
- Mojej roboty? Jan sprzedawał? - mówił Sędziwoj oglądając się i pocierając czoła, jakby nie ufał własnej pamięci i jakby teraz jakieś światełko rozjaśniało jego ciemne domysły.